Nie ufał też informatykom, a to z nimi właśnie miał się spotkać. Firma IT obsługująca jego korporację poprosiła o spotkanie w sprawie ostatniego etapu wdrożenia nowego systemu ERP. Paweł - kolega, który dotychczas utrzymywał z nimi kontakt, został przez firmę uprzejmie, ale stanowczo pożegnany na fali koronawirusowego zaciskania pasa. Do tej pory to właśnie do Pawła zespół programistyczny raportował bieżące postępy i to on był odpowiedzialny za integrację nowego systemu. No cóż – pomyślał Marek – zobaczymy, jak też wyglądają ci „specjaliści od informatycznego wspierania biznesu”. – Jak do tej pory wiedział tylko, że development i utrzymanie nowego oprogramowania sprawiły, że „ręce jego przełożonego są związane”, kiedy spytał go nieśmiało o podwyżkę.

Zjechał z estakady, ustawił się na pasie do skrętu i po chwili wjeżdżał już w niewielką uliczkę warszawskiego Bemowa. O tym, że coś jest nie w porządku, zorientował się już po chwili. Nawet, gdyby kilka zastępów policji i straży pożarnej nie było wystarczającą sugestią, to słup czarnego dymu unoszący się z kształtnego krateru w ziemi dobitnie informował, że siedziba ich konsultantów IT należy już raczej do przeszłości.

Szlag, szlag, SZLAG! Nie dość, że programiści ich systemu ekspresowo powiększyli grono aniołków, to jeszcze „Bezpieczny i skalowalny system ERP” (co to niby znaczy?) raczej nie ma teraz szans powstać. Zaraz… - Umysł Marka pracował teraz ostro i precyzyjnie – oszacujmy straty. Szybki telefon do działu IT własnej firmy upewnił go, że wdrożone i skonfigurowane wcześniej oprogramowanie działa. No tak – pomyślał – przecież wdrażali modułowo, a to wszystko stoi na zewnętrznych serwerach, które dla nas wykupili. Jest też kopia zapasowa u zewnętrznego dostawcy – chyba nawet kilku - Na razie żyjemy.

Cholera, a co będzie, jak ten cały ERP będzie potrzebował przeróbek? Optymalizacji jakichś? Przecież to się chyba miało rozwijać razem z firmą i być tego …skalowalne? – Mgliście przypomniał sobie, że odchodząc z firmy Paweł wspominał coś o kodzie źródłowym, który razem z dokumentacją leżą w jakiejś chmurze. Chyba nawet musiał podpisać jakiś protokół przekazania. – A, no tak – czyli jakby co, to inni programiści – czyli ci, którzy akurat nie zostali rozpyleni do atmosfery – będą mogli to dokończyć. Podobno robili to na najnowocześniejszych technologiach, więc chyba da się znaleźć innych ekspertów? Ok, trzeba poszukać następnej firmy IT…

Zaraz… - procesy myślowe przebiegały teraz u Marka równie dynamicznie, jak poranna owsianka przez przewód pokarmowy – Zarząd wpakował chyba niezłą kasę w ten system… Ostatnia rata wyszła chyba jakoś w zeszłym tygodniu. Tylko, że wykonawcy przyjęli przelew, a następnie wylecieli w powietrze. – Coś powoli przebijało się do jego świadomości – No tak, kapitał zakładowy! Mieli spory, i opłacony w całości. Dodatkowo coś wspominali o ubezpieczeniu na 2mln - będzie z czego pokryć straty. – Marek uśmiechnął się do siebie…

Spokojny wieczór w podwarszawskiej willi był naprawdę sielski. Dym z markowego papierosa mieszał się z rześkim wiosennym powietrzem. Zachodzące słońce przeglądało się jeszcze w kryształowej karafce z whisky. – Szkoda ludzi – pomyślał w przebłysku współczucia – ale trzeba im przyznać, że projekt zabezpieczyli bez pudła. – Uniósł szklankę w niemym salucie…